popmagicznamaja

Młoda kobieta stojąca na molo we mgle nad morzem, symbolizująca tęsknotę i spotkanie między światami

Między jawą a snem…jest morze i tylko morze

Witam Was serdecznie i zapraszam na czytadło:-)

Między jawą a snem …jest morze i tylko morze

Mgła przyszła od morza tuż przed świtem.
Najpierw połknęła latarnię, potem wydmy, a na końcu domy rybaków stojące ciasno przy brzegu, jakby bały się zostać same. Powietrze pachniało solą, mokrym drewnem i czymś jeszcze — słodkim zapachem jaśminu, który nigdy nie rósł w tej części wybrzeża.

Marta obudziła się dokładnie o 4:17.
Tak samo jak od trzech miesięcy.

Usiadła na łóżku, wsłuchując się w szum fal za oknem starego pensjonatu odziedziczonego po babce. Sen wrócił do niej natychmiast, lepki i wyraźny.

Mężczyzna stał na końcu molo.

Nigdy nie widziała jego twarzy. Tylko ciemny płaszcz poruszający się na wietrze i dłonie — blade, jakby utkane z księżycowego światła. Za każdym razem mówił to samo:

— Nie pozwól morzu mnie zabrać drugi raz.

Potem znikał we mgle.

Marta próbowała tłumaczyć sobie wszystko zmęczeniem, samotnością, może tęsknotą po rozpadzie związku. Ale sny były zbyt prawdziwe. Czuła w nich chłód desek pod bosymi stopami, słyszała skrzypienie lin przy kutrach i ten dziwny zapach jaśminu zmieszany z morzem.

Tamtej nocy nie mogła już zasnąć.

Narzuciła sweter i zeszła na plażę. Mgła była gęsta jak mleko. Fale oddychały ciężko, spokojnie, jak ogromne śpiące zwierzę.

I wtedy go zobaczyła.

Stał dokładnie tam, gdzie we śnie.

Na końcu starego molo.

Serce uderzyło jej mocno.

— Halo?! — zawołała.

Sylwetka nie odpowiedziała.

Ruszyła przed siebie. Deski pod stopami były mokre, śliskie od soli. Im bliżej podchodziła, tym bardziej czuła ten zapach — jaśmin i deszcz.

Mężczyzna odwrócił się powoli.

Miał może trzydzieści kilka lat. Ciemne włosy, oczy tak jasne, że wydawały się srebrne w porannej mgle. Wyglądał, jakby wyszedł z innego czasu.

— Spóźniłaś się — powiedział cicho.

Marta zatrzymała się gwałtownie.

— Znamy się?

Uśmiechnął się smutno.

— Ty mnie nie pamiętasz. Ale ja czekałem bardzo długo.

Wiatr poruszył wodą pod molem. Fale rozbiły się o pale z głuchym hukiem.

Marta chciała odejść. Powinna odejść. Wszystko w tej chwili było nierealne, jak fragment snu, który nie skończył się po przebudzeniu.

Ale została.

— Kim jesteś?

Spojrzał na morze.

— Dawno temu twoja babka uratowała mnie podczas sztormu. A raczej… próbowała.

Mgła zgęstniała wokół nich. Marta poczuła lodowaty dreszcz.

— Co to znaczy?

— Zatonąłem sto metrów od brzegu. W noc, kiedy latarnia przestała świecić.

Marta zamarła.

Babcia opowiadała jej kiedyś historię o rybaku, który zniknął podczas burzy w 1948 roku. Ciała nigdy nie odnaleziono.

— To niemożliwe…

Mężczyzna spojrzał na nią tak, jak patrzy się na coś utraconego.

— Dla morza wiele rzeczy jest możliwych.

Przez chwilę słyszeli tylko fale.

— Dlaczego śnię o tobie? — wyszeptała.

— Bo morze pamięta ludzi, którzy tęsknią zbyt mocno.

Jego głos był spokojny, ale pod nim kryło się coś głębszego. Samotność tak stara, że niemal święta.

Marta poczuła nagle niewytłumaczalny ból. Jakby znała go całe życie. Jakby czekała na niego od dawna, sama o tym nie wiedząc.

— Czego ode mnie chcesz?

Zrobił krok bliżej.

— Chcę pamiętać, jak to jest być kochanym.

Te słowa zostały między nimi jak ciepło.

Mgła zaczęła drżeć od pierwszego światła świtu. Sylwetka mężczyzny stawała się coraz bardziej przezroczysta.

Marta przestraszyła się nagle.

— Zaczekaj.

Po raz pierwszy w jego oczach pojawiło się coś jasnego.

Nadzieja.

— Wrócisz jutro? — zapytał.

Powinna była powiedzieć nie.

Zamiast tego skinęła głową.

I wtedy zniknął.

Nie rozpłynął się gwałtownie. Raczej stał się częścią mgły, morza i porannego światła.

Marta została sama na molo.

Ale kiedy wróciła do pensjonatu, znalazła na parapecie świeży kwiat jaśminu mokry od morskiej wody. Następnej nocy mgła była jeszcze gęstsza.

Morze nie szumiało już spokojnie. Oddychało ciężko, niespokojnie, jakby pod powierzchnią poruszało się coś ogromnego i starego.

Marta szła na molo ze ściśniętym gardłem.
Przez cały dzień próbowała wyrzucić go z myśli, ale wszystko wokół przypominało o jego obecności — mokry zapach jaśminu w korytarzu pensjonatu, skrzypienie okien mimo bezwietrznej pogody, stare fotografie babki, których wcześniej nigdy dokładnie nie oglądała.

Na jednej z nich znalazła coś dziwnego.

Młoda Helena — jej babcia — stała na plaży obok mężczyzny o jasnych oczach i ciemnych włosach. Trzymał ją za rękę.

Na odwrocie zdjęcia widniał wyblakły napis:

„Jeśli morze cię zabierze, odnajdę cię między światami.”

Zdjęcie było datowane trzy tygodnie przed sztormem z 1948 roku.

Kiedy Marta dotarła na koniec molo, już tam był.

Tym razem wyglądał inaczej. Bledszy. Jakby mgła zaczynała zabierać go z powrotem.

— Wiedziałaś? — zapytał cicho.

Marta wyjęła fotografię.

Drżące światło latarni odbiło się w jego oczach. Przez moment wyglądał bardziej ludzko niż wcześniej. Bardziej boleśnie.

— Kochała cię — powiedziała.

Uśmiechnął się smutno.

— A ja wróciłem po nią za późno.

Fale uderzyły o pale molo.

— Babcia nigdy nikogo już nie pokochała — wyszeptała Marta. — Czekała.

Mężczyzna zamknął oczy.

— To właśnie mnie zatrzymało.

Mgła poruszyła się wokół nich jak żywa.

I wtedy Marta zrozumiała.

Nie wracał dlatego, że chciał straszyć.
Nie był duchem uwięzionym przez morze.

Był tęsknotą.

Niedokończoną obietnicą.

Helena całe życie czekała, aż wróci. A on — gdzieś między snem a wodą — odpowiadał na to czekanie przez dziesiątki lat, nie mogąc odejść.

Dwoje ludzi przywiązanych do siebie nawet po śmierci.

— Ona nie umiała cię pożegnać… prawda?

Spojrzał na nią długo.

— Gdy umierała, wołała morze.

Wiatr ucichł.

Cały świat zastygł w ciszy.

Marta sięgnęła do kieszeni płaszcza. Miała tam mały srebrny medalik znaleziony tego samego dnia w szkatułce babci.

W środku było zdjęcie jego twarzy.

I zasuszony kwiat jaśminu.

— To należało do ciebie?

Drżącą dłonią dotknął medalionu, ale nie mógł go chwycić.

— Myślałem, że morze go zabrało…

Marta poczuła łzy pod powiekami.

Wtedy zrozumiała, po co naprawdę tu przyszła.

Nie po miłość.

Po zakończenie.

— Ona cię odnalazła — powiedziała łagodnie. — I czekała do końca. Ale teraz… już nie musi.

Mgła zadrżała gwałtownie.

Mężczyzna patrzył na nią w milczeniu.

— A ty? — zapytał cicho. — Dlaczego płaczesz?

Bo nie chciała, żeby odchodził.

Choć znała go ledwie kilka nocy, czuła przy nim coś, czego nie czuła od lat — spokój pomieszany z bólem, jak przy śnie, z którego człowiek nie chce się budzić.

Ale niektóre historie nie są po to, by trwały wiecznie.

Niektóre istnieją tylko po to, by ktoś w końcu je domknął.

Marta podeszła bliżej.

I po raz ostatni objęła go mocno, choć był zimny jak morska mgła.

— Możesz już odpocząć — wyszeptała. — Ona ci wybaczyła. A morze pamięta was oboje.

Przez chwilę wszystko wokół rozświetliło się bladym, srebrnym światłem.

Fale ucichły.

Wiatr przestał istnieć.

Mężczyzna dotknął jej policzka tak lekko, że ledwie to poczuła.

— Dziękuję… Marto.

A potem zaczął znikać.

Powoli.

Bez bólu.

Jak sen odchodzący o świcie.

Mgła uniosła się nad wodą i pierwszy raz od wielu miesięcy morze pachniało wyłącznie solą.

Bez jaśminu.

Bez tęsknoty.

Marta została sama na końcu molo, trzymając srebrny medalik.

I dopiero wtedy zauważyła coś wyrytego od spodu.

Maleńkie słowa, prawie starte przez czas:

„Prawdziwa miłość nie zatrzymuje .Ona pozwala odejść .”

Moi drodzy nieco melancholijnie się zrobiło ale cytując Shakespeare :

„Są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się waszym filozofom.”

Zostawiam Was z moim czytadłem na drodze ku przemyśleniom……być może narodzi się ciąg dalszy historii Marty i jej babci Heleny,kto wie…
Piszcie,komentujcie ,może i Wy macie ciekawą historię do opowiedzenia…zapraszam

Z miłością do siebie i świata

Majuszka

Zobacz inne ostatnie wpisy ze świata kart oraz ezotertyki